Brexit: teraz kryzys paliwowy. Uczmy się na błędach Brytyjczyków

W Wielkiej Brytanii nie brakuje benzyny, ale kierowców, którzy mogliby ją rozwozić. To tylko jeden z symptomów znacznie większego problemu gospodarki – gigantycznego niedoboru pracowników.

Miniony weekend w Londynie obfitował w obrazki, które bardziej niż do współczesnej dużej metropolii pasowały do scenografii postapokaliptycznego filmu albo rekonstrukcji czasów wojennych. Przed stacjami benzynowymi w stolicy Wielkiej Brytanii ustawiały się kolejki – samochodów i pieszych z kanistrami. Jeśli gdzieś paliwo było jeszcze w miarę łatwo dostępne, wieść o tym rozchodziła się błyskawicznie. W innych miastach sytuacja nie była aż tak dramatyczna, ale bez tłumów się nie obyło. Wszystko z powodu problemów z zaopatrzeniem.
Brexit. Kto rozwiezie paliwo?

Kraj ogarnęła panika, a w mediach społecznościowych pojawiają się doniesienia o rzekomym deficycie paliwa, co akurat nie jest prawdą. Wielka Brytania ma dość benzyny, by zaspokoić potrzeby społeczeństwa i gospodarki, problem w tym, że nie ma jej kto rozwieźć po kraju.

Premier Boris Johnson uspokaja Brytyjczyków, że to tymczasowy efekt niekorzystnego zbiegu kilku czynników, na czele z restrykcjami i obowiązkowymi testami na koronawirusa na granicy. Jeszcze w sobotę rząd przekonywał, że w skali kraju sytuacja daleka jest od dramatycznej, bo spośród ok. 8,7 tys. stacji zamkniętych (tzn. nieoferujących żadnego typu paliwa) jest ok. 100, a więc nieco ponad 1 proc. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

BP, największy gracz na brytyjskim rynku paliwowym, w niedzielę wieczorem informował, że w przypadku 30 proc. wszystkich 1,2 tys. jego stacji brakuje przynajmniej jednego rodzaju paliwa. Z kolei według Petrol Retailers Association (PRA), organizacji zrzeszającej detalicznych sprzedawców paliw mającej pod kuratelą 65 proc. stacji na Wyspach, wynika, że w niektórych częściach kraju pustych jest 50–95 proc. dystrybutorów. Eksperci dodają, że to początek kryzysu, bo zapotrzebowanie na paliwo wzrośnie bliżej zimy.

Dlaczego zbiorniki opustoszały akurat teraz? W pewnym sensie Johnson ma rację – zbiegły się różne czynniki. Jednak przekonywanie społeczeństwa, że to zwykły pech, jest perfidnym mydleniem oczu. Gospodarka cierpi na niedobór siły roboczej, a to skutek brexitu.

Meble, zabawki i McDonald′s

Według szacunków brytyjskiej gospodarce brakuje w tej chwili miliona pracowników. W samym transporcie i logistyce deficyt jest ogromny: po drogach na Wyspach jeździ 100 tys. mniej kierowców ciężarówek niż przed rozwodem z Brukselą. Tuż po brexicie odpłynęło 25 tys., reszta uciekała stopniowo wcześniej. Jeszcze 40 tys. kierowców ubyło z powodu pandemii, bo na granicy wymagano odpowiednich dokumentów sanitarnych (jak dowód szczepienia, ozdrowienia czy negatywny test). Johnson próbuje te dziury łatać, oferując 5,5 tys. wiz dla kierowców i rozważając użycie wojsk do rozwożenia benzyny, ale to rozbijanie termometru, a nie walka z gorączką.

Teraz trudno dostępne jest paliwo, produkt powszechnie używany, więc kryzys trafił na pierwsze strony. To jednak nie pierwsza tego typu sytuacja w czasach brexitu. Zimą trudno było kupić meble, a najwięksi dystrybutorzy, jak IKEA, kazali czekać klientom z Wysp na dostawy nawet kilkanaście miesięcy. Problemy z utrzymaniem ciągłości miały największe sieci fast foodów, jak McDonald’s czy Nandos. Na puste magazyny narzekali sprzedawcy zabawek, narzędzi i markety remontowo-budowlane.

Problem z dostawcami wynika też z faktu, że rząd od lat nie inwestował w potrzebną im infrastrukturę. Sami kierowcy narzekają, że punkty obsługi przy autostradach są zaniedbane, znacznie gorsze od tych na kontynencie, a władze w Londynie oferują najwyżej stymulanty finansowe, zamiast polepszyć standard pracy. Nie ma więc co liczyć na łatanie dziur krajową siłą roboczą.

Uczmy się na cudzych błędach

Kryzys paliwowy uda się zapewne załagodzić, ale na chwilę. Szoku Brytyjczycy pewnie doznają znów przed świętami – mówi się o spodziewanych niedoborach drobiu, może powtórzą się pustki na stacjach benzynowych. Skomplikowana i wymuszona brexitem biurokracja wizowa sprawia, że nawet jeśli znajdą się chętni poprowadzić brytyjskie ciężarówki, to trudno będzie szybko zredukować deficyty.

Widmo kryzysu roztacza się też nad sektorem edukacji, dotychczasową dumą kraju. Brak statusu studenta unijnego, wcześniej równego studentowi brytyjskiemu, to większe koszty studiów; wielu europejskich kandydatów wybierze w zamian Holandię, Niemcy, Szwajcarię czy Francję, a straci na tym cała brytyjska gospodarka. Weekendowe kolejki na stacjach benzynowych w Londynie to naprawdę tylko przedsmak niestabilności, do jakiej suwerenna, dumna i odcięta od reszty zjednoczonej Europy Wielka Brytania niechybnie zmierza. A Boris Johnson to przykład polityka, który swoją narodowo-izolacjonistyczną dumę przedkłada nad interes społeczeństwa. Warto obserwować ten proces – mimo wszystko lepiej uczyć się na błędach cudzych niż własnych.

Check Also

Imperialist alliance fuels arms race in Indo-Pacific

At the G7 Summit last June, Joe Biden, Boris Johnson and Scott Morrison, representing the …